poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Żoną miałam być.

Czasem najdzie mnie taki nocny koszmar, że budzę się niemal z krzykiem i nie mogę zasnąć w obawie, że sen wróci. Wokół wszechogarniająca mnie jak czarny, foliowy worek zwłoki teściowej z siódmego piętra ciemność. Otulająca swym wilgotnym zapachem potu pościel. I ja, zamotana w to wszystko niczym łania w sidła, miotam się tylko się pogrążając.
Suknia była biała, do ziemi. Welon niedługi, sięgający za moje przygarbione w rozterce przedślubnej ramiona. Słońce świeciło godziną siedemnastą, gdy składałam te najbardziej zobowiązujące i ucinające swobodne niczym ptak życie panny słowa przysięgi. Czułam jak kula u mojej nogi, wielka, czarna , oślizgła, stopniowo w jednak szybkim tempie rośnie. Na ręce zakradły mi się zimne, żeliwne , połyskujące w promieniach nie wiem dlaczego szczerzącego się tego dnia słońca. I te słowa, które kurcząc mój żołądek chowały się w głąb gardła niczym pod spódnicę matki, by nie zostać wypowiedzianymi:
"Ja... Ja.... Ja.... bio.... biorę... sososo.... sobie... Ciebie... za.... NIE! Przepraszam"
Uciekam, co sił w nogach, wiedząc, że gdy się obrócę zobaczę najbardziej rozczarowaną minę mojego życia, największy przesiąkający swym ohydnym zapachem ból, załamanie, rozpacz, żal i mogę zmięknąć. Nie. Muszę być twarda, kula u nogi nie daje mi spokojnie biec, słowa w gardle tak ściskają żołądek, iż zbiera mi się na wymioty. Rzygam tym ślubem, wiem, że to nie ten jedyny książę z bajki co to przyjedzie na swym szarym ośle w dresach i powie "jedziesz bejbe". Ten tchnie elegancją prosto z Paryża, idealnie skrojony garniturek i śnieżnobiała koszula. Czuję, że byłabym nieszczęśliwa. Uciekam. Słońce nadal perfidnie się szczerzy, chyba nie wie, co właśnie zaszło. Ludzie się poruszyli. Słychać szepty. Coraz głośniejsze, pojedyncze osoby wstały by mnie gonić. Zaciągną pannę młodą siłą do ołtarza i już na wieczność zaobrączkują. Zaobrączkowany ptak nie jest wolnym ptakiem, każdy może sprawdzić gdzie przebywa i co mu się stało. Dlaczego sobie nie radzi. Przytłacza mnie tłum, cholera, dlaczego ten kościół jest taki długi? Ludzi na mej drodze zbiera się coraz więcej, wyskakują niczym grzyby po deszczu w przyspieszonym milion razie tempie. Wybiegam z kościoła. Trawa jest sierpniowozielona i lekko sucha. uciekam. Gonią mnie, oni naprawdę mnie gonią. Nie chcę tego ślubu, dusze się, czuję pętle na szyi, coraz bardziej zaciskającą się. Jest mi duszno i biegnę w cholernie spowolnionym tempie, przeszkadza mi sukienka. Tylko dlaczego ludzie za mną są coraz bliżej?
-Wracaj - krzyczą, - wróć!
Czuję się jak Lessie, wróć. Jak gonione przez gargamela smerfy. Jak dziewczynka z zapałkami bez zapałek. Chcę umrzeć. Wolę umrzeć, niż dać się siłą zaciągnąć pod ołtarz, powiedzieć kilka słów a potem już tylko karmić ósemkę bachorów przy stole i paść świnie w oborze. Dwa razy dziennie robić pranie i gotować jak dla batalionu wojska podczas głodówki w Kalingradzie. Ktoś próbuje mnie nakłonić do powrotu swoim spokojnym i udającym przyjazny ton głosem. Niewiele brakuje mi do płaczu. Jest mi żal mężczyzny, któremu właśnie rozwaliłam doszczętnie życie swoim "NIE! Przepraszam". Jest mi go coraz bardziej żal, ale bardziej żal mi siebie. Czuje się jak stara panna, która cudem trafiła na kogoś, kto chce ją poślubić i odmawia mu, bo przyzwyczaiła się do życia w wolnej samotności. Po wypuszczeniu z klatki świat jest wielki. Nie wrócę tam, nie wrócę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz