wtorek, 29 stycznia 2013
Demon zła.
Jedynymi słowami, które wypowiadam głośno w domu, gdy jestem sama są wykrzyczane:
-ZAMKNIJ SIĘ! do postaci irytującego, czarnego potwora. Tak samo irytującego, jak jego kompan. Biega po wszystkich zakamarkach zawalonego gratami, jak zwykle, mieszkania i wynajdzie milion rzeczy do uszkodzenia, zadrapania, zniszczenia, przewrócenia, połamania, wygięcia, rozerwania i pogryzienia. Skąd bierze się ta energia czarnego demona, to ja pojęcia nie mam. Wysiadam, kiedy muszę za nim biegać i nadążać ratować wszystko, co stoi na drodze. Ma straszne humory, nie da się dotknąć, przenieść, zabrać. Nic. I mean, da się, lecz nie bez obrażeń cielesnych. Syczy, parska, trzeszczy, chrzęści, stuka, chroboce, miauczy.
Kot demon zua.
środa, 23 stycznia 2013
I was a hobbit, baby.
Wdrapaliśmy się na półkę skalną metr nad ziemią. Słońce lekko przygrzewało wiosną, jednak w powietrzu czuć było dość nieprzyjemny zapach. Niebezpieczeństwo falowało między unoszącymi się z piaskiem tłumanami kurzu. Coś zdecydowanie nie grało, jednak nazwane to było tylko moją wymyślną wyobraźnią przez dwóch kompanów. I nagle moim oczom ukazał się on. Gruby, pełen blizn i purchawek stwór. Przygarbiony, zasmarkany, zdecydowanie wrogi. Powaliłam go na ziemię skokiem ze skały, nim zdążył nas zaatakować. Mój węch marzył o chwilowej niedyspozycji, jednak intensywnie wchłaniał odór jego śliskiej, obrzydliwej skóry. Szybko wymknął mi się spod kontroli i atakował mnie obrzydliwymi czarnymi pazurami. Moją obroną był zwykły, stołowy nóż, który uginał się pod większym naciskiem. Próbowałam go pokonać. Był dwa razy większy i silniejszy, a moim kompani nadal nie zauważyli, że mnie nie ma. W końcu gnącym się nożem zadałam mu cios w ramię. Niewielka kropla krwi wysączyła się, gdy wyciągnęłam nóż, rana szybko zmieniła się w bliznę, blizna w mgnieniu oka zniknęła. Nie spostrzegłam tego od razu, próbując wbijać nóż kończącymi się siłami. Zadawałam kolejne rany, które nie robiły mu większej różnicy. Nie cierpiał. Byłam coraz bardziej zmęczona i podrapana, mój żołądek protestował od jego zapachu. Opadałam z sił. Ostatnią deską ratunku byłoby odcięcie mu głowy - pomyślałam. Złapałam nóż za rękojeść i za ostrze i naciskiem obu rąk centymetr po centymetrze odcinałam mu szkaradną, paskudną, błękit przypominającą pod milionem burchli głowę. Moje mięśnie drżały do wysiłku. Udało się! Odcięłam! Lekki uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Szybko zmył go fakt blizny i braku śladu po odcięciu. Przebrzydły ork cały czas się regenerował! Jedynym wyjściem na pokonanie potwora było odcięcie głowy i natychmiastowe jej odrzucenie, zanim rana zdąży się zasklepiać. Tylko, czy starczy mi sił? Niemal osuwam się na nogi ze zmęczenia i bólu ran, a dwuosobowa reszta mojego zespołu nadal nie bieży mi z pomocą. Jeśli nie zdam się na siebie zginę nie tylko a, ale też oni. Może i na to zasłużyli, bo gdyby byli ostrożni ta paskudna kupa ropy i różnych cuchnących substancji dawno rozkładałaby się ku czci matki ziemi. Wracam do walki, nie poddam się, jeśli mam zginąć to zginę, oddając z siebie wszystko. Tym razem odcięcie głowy przychodzi dużo trudniej, nóż wygina się niesamowicie, a jego tępota przeraża nawet najśmielsze domysły. Tnę, widzę bryzgającą niewielkim strumieniem krew. Wszystko cuchnie, a moje płuca kłują mnie od braku tlenu. Tnę, drżącymi z bólu i wysiłku mięśniami. Krwawię, brudnymi od walki ranami. Przecinam, fizycy nie znają tak dużego oporu. Udało się, odrzucam głowę. Maszkaro paskudna padasz z nóg. Milczysz umierając. Wygrywając z Tobą pokonałam własne ja. Zjawia się 'ekipa', zupełnie zaskoczona. Dałam radę. Mdleję z wysiłku. Tak, wygrałam z orkiem. Czuję się jak Hobbit.
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Obojętna zawiłość.
Pogoda mąciła Twoją grafitowość nastroju mlecznobrudną mgiełką kończącego się dnia. Rozpoczynała wieczorny prysznic stukaniem kropel w parapet. Szukałaś ukojenia w kontraście blasku świec i mroku pokoju. Para z zimnej herbaty szkliła Twoje oczy. Ostatnimi dniami zalewasz martwy dąb biurka tęsknotą. Stoisz przed ścianą, a wiesz, że musisz biec. Ból ślepej uliczki świdruje marne resztki Twojego umysłu. Mięśnie nie krzepią się cuchnącym odorem szczurzych śmietników, odmawiając pracy spoczywają. Osuwasz się bezwładnie na cieknącą kwestię gustu śmietnikarza. Nie panujesz nad bumerangami drgawek i zalewasz się przedwczorajszą kolacją. Jesteś pusta, ale nie oczyszczona. Czego szukasz w miejscu bez wyjścia? Jeszcze nie wiesz, że chłód dnia przyniesie promień odsłaniający wyjście. Dostrzeżesz metalowy pręt. Chirurgiczny blask rtęci nie jest w zasięgu umysłu zamkniętego szczura, gonisz ucieczkę. Ucieczka, uciekając od Ciebie gubi gniew i śmiech, pozostawiając obojętną zawiłość.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

