Należę do osób szybko irytujących się. Z takiego założenia wychodzę. Mogłabym zwalić winę na los, takie moje przeklęte fatum, które stawia na mej drodze ludzi denerwujących, ale nie widzę w tym głębszego sensu. Użalanie się nad sobą należy do jednej z długiej listy irytujących mnie cech.
"Zawsze moja wina" ; "zawsze na mnie zwalacie" ; "zawsze wszystko spada na mnie" ; "zawsze źle się odnosi w stosunku do mnie".
ZAWSZE< ZAWSZE, ZAWSZE, ZAWSZE.
Jakie to jest denerwujące.
Inną cechą, która mnie szybko irytuje jest sprawdzanie me. Nienawidzę, kiedy osoba, której nie znam zbyt dobrze, a która wpierdziela się w moje życie z butami, wypytuje mnie o to gdzie byłam, z kim, co robiłam. Mam ochotę odpowiedzieć, że z moim alfonsem się jebałam, bo brakowało mi klientów, kur.
I sępienie w stopniu większym, niż znaczny. Gdy wszyscy wokół postrzegają daną osobę za sępa. Dobrze, kiedy jednak sęp ten ma jakieś źdźbło kultury osobistej, bądź liznął ogłady międzyludzkiej, a nie tylko po tym, jak dostanie żarcie, nagle szybuje ponad innych, uważając się za zbyt ważnego na rozmowę z chlebodajcą.
Jest jeszcze wiele cech, które sprawiają, że gotuję się w sobie, jednak te pozostawię na inny raz, żeby was nie zanudzić.
piątek, 7 października 2011
niedziela, 25 września 2011
Milczenie ciszy.
Mój Internet milczy w sprawie postów tutaj. Może dlatego, że pozostał w domu, a ja zrobiłam się mobilna, nie odwrotnie. Tak więc witam was długą ciszą w gniazdku. Int. po drugiej stronie kabla. Uprzedzam, że nie zapowiada nic, iż stan taki ulegnie zmianie, więc będę tu zglądać od święta do powrotu do domu, po prostu.
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Żoną miałam być.
Czasem najdzie mnie taki nocny koszmar, że budzę się niemal z krzykiem i nie mogę zasnąć w obawie, że sen wróci. Wokół wszechogarniająca mnie jak czarny, foliowy worek zwłoki teściowej z siódmego piętra ciemność. Otulająca swym wilgotnym zapachem potu pościel. I ja, zamotana w to wszystko niczym łania w sidła, miotam się tylko się pogrążając.
Suknia była biała, do ziemi. Welon niedługi, sięgający za moje przygarbione w rozterce przedślubnej ramiona. Słońce świeciło godziną siedemnastą, gdy składałam te najbardziej zobowiązujące i ucinające swobodne niczym ptak życie panny słowa przysięgi. Czułam jak kula u mojej nogi, wielka, czarna , oślizgła, stopniowo w jednak szybkim tempie rośnie. Na ręce zakradły mi się zimne, żeliwne , połyskujące w promieniach nie wiem dlaczego szczerzącego się tego dnia słońca. I te słowa, które kurcząc mój żołądek chowały się w głąb gardła niczym pod spódnicę matki, by nie zostać wypowiedzianymi:
"Ja... Ja.... Ja.... bio.... biorę... sososo.... sobie... Ciebie... za.... NIE! Przepraszam"
Uciekam, co sił w nogach, wiedząc, że gdy się obrócę zobaczę najbardziej rozczarowaną minę mojego życia, największy przesiąkający swym ohydnym zapachem ból, załamanie, rozpacz, żal i mogę zmięknąć. Nie. Muszę być twarda, kula u nogi nie daje mi spokojnie biec, słowa w gardle tak ściskają żołądek, iż zbiera mi się na wymioty. Rzygam tym ślubem, wiem, że to nie ten jedyny książę z bajki co to przyjedzie na swym szarym ośle w dresach i powie "jedziesz bejbe". Ten tchnie elegancją prosto z Paryża, idealnie skrojony garniturek i śnieżnobiała koszula. Czuję, że byłabym nieszczęśliwa. Uciekam. Słońce nadal perfidnie się szczerzy, chyba nie wie, co właśnie zaszło. Ludzie się poruszyli. Słychać szepty. Coraz głośniejsze, pojedyncze osoby wstały by mnie gonić. Zaciągną pannę młodą siłą do ołtarza i już na wieczność zaobrączkują. Zaobrączkowany ptak nie jest wolnym ptakiem, każdy może sprawdzić gdzie przebywa i co mu się stało. Dlaczego sobie nie radzi. Przytłacza mnie tłum, cholera, dlaczego ten kościół jest taki długi? Ludzi na mej drodze zbiera się coraz więcej, wyskakują niczym grzyby po deszczu w przyspieszonym milion razie tempie. Wybiegam z kościoła. Trawa jest sierpniowozielona i lekko sucha. uciekam. Gonią mnie, oni naprawdę mnie gonią. Nie chcę tego ślubu, dusze się, czuję pętle na szyi, coraz bardziej zaciskającą się. Jest mi duszno i biegnę w cholernie spowolnionym tempie, przeszkadza mi sukienka. Tylko dlaczego ludzie za mną są coraz bliżej?
-Wracaj - krzyczą, - wróć!
Czuję się jak Lessie, wróć. Jak gonione przez gargamela smerfy. Jak dziewczynka z zapałkami bez zapałek. Chcę umrzeć. Wolę umrzeć, niż dać się siłą zaciągnąć pod ołtarz, powiedzieć kilka słów a potem już tylko karmić ósemkę bachorów przy stole i paść świnie w oborze. Dwa razy dziennie robić pranie i gotować jak dla batalionu wojska podczas głodówki w Kalingradzie. Ktoś próbuje mnie nakłonić do powrotu swoim spokojnym i udającym przyjazny ton głosem. Niewiele brakuje mi do płaczu. Jest mi żal mężczyzny, któremu właśnie rozwaliłam doszczętnie życie swoim "NIE! Przepraszam". Jest mi go coraz bardziej żal, ale bardziej żal mi siebie. Czuje się jak stara panna, która cudem trafiła na kogoś, kto chce ją poślubić i odmawia mu, bo przyzwyczaiła się do życia w wolnej samotności. Po wypuszczeniu z klatki świat jest wielki. Nie wrócę tam, nie wrócę.
Suknia była biała, do ziemi. Welon niedługi, sięgający za moje przygarbione w rozterce przedślubnej ramiona. Słońce świeciło godziną siedemnastą, gdy składałam te najbardziej zobowiązujące i ucinające swobodne niczym ptak życie panny słowa przysięgi. Czułam jak kula u mojej nogi, wielka, czarna , oślizgła, stopniowo w jednak szybkim tempie rośnie. Na ręce zakradły mi się zimne, żeliwne , połyskujące w promieniach nie wiem dlaczego szczerzącego się tego dnia słońca. I te słowa, które kurcząc mój żołądek chowały się w głąb gardła niczym pod spódnicę matki, by nie zostać wypowiedzianymi:
"Ja... Ja.... Ja.... bio.... biorę... sososo.... sobie... Ciebie... za.... NIE! Przepraszam"
Uciekam, co sił w nogach, wiedząc, że gdy się obrócę zobaczę najbardziej rozczarowaną minę mojego życia, największy przesiąkający swym ohydnym zapachem ból, załamanie, rozpacz, żal i mogę zmięknąć. Nie. Muszę być twarda, kula u nogi nie daje mi spokojnie biec, słowa w gardle tak ściskają żołądek, iż zbiera mi się na wymioty. Rzygam tym ślubem, wiem, że to nie ten jedyny książę z bajki co to przyjedzie na swym szarym ośle w dresach i powie "jedziesz bejbe". Ten tchnie elegancją prosto z Paryża, idealnie skrojony garniturek i śnieżnobiała koszula. Czuję, że byłabym nieszczęśliwa. Uciekam. Słońce nadal perfidnie się szczerzy, chyba nie wie, co właśnie zaszło. Ludzie się poruszyli. Słychać szepty. Coraz głośniejsze, pojedyncze osoby wstały by mnie gonić. Zaciągną pannę młodą siłą do ołtarza i już na wieczność zaobrączkują. Zaobrączkowany ptak nie jest wolnym ptakiem, każdy może sprawdzić gdzie przebywa i co mu się stało. Dlaczego sobie nie radzi. Przytłacza mnie tłum, cholera, dlaczego ten kościół jest taki długi? Ludzi na mej drodze zbiera się coraz więcej, wyskakują niczym grzyby po deszczu w przyspieszonym milion razie tempie. Wybiegam z kościoła. Trawa jest sierpniowozielona i lekko sucha. uciekam. Gonią mnie, oni naprawdę mnie gonią. Nie chcę tego ślubu, dusze się, czuję pętle na szyi, coraz bardziej zaciskającą się. Jest mi duszno i biegnę w cholernie spowolnionym tempie, przeszkadza mi sukienka. Tylko dlaczego ludzie za mną są coraz bliżej?
-Wracaj - krzyczą, - wróć!
Czuję się jak Lessie, wróć. Jak gonione przez gargamela smerfy. Jak dziewczynka z zapałkami bez zapałek. Chcę umrzeć. Wolę umrzeć, niż dać się siłą zaciągnąć pod ołtarz, powiedzieć kilka słów a potem już tylko karmić ósemkę bachorów przy stole i paść świnie w oborze. Dwa razy dziennie robić pranie i gotować jak dla batalionu wojska podczas głodówki w Kalingradzie. Ktoś próbuje mnie nakłonić do powrotu swoim spokojnym i udającym przyjazny ton głosem. Niewiele brakuje mi do płaczu. Jest mi żal mężczyzny, któremu właśnie rozwaliłam doszczętnie życie swoim "NIE! Przepraszam". Jest mi go coraz bardziej żal, ale bardziej żal mi siebie. Czuje się jak stara panna, która cudem trafiła na kogoś, kto chce ją poślubić i odmawia mu, bo przyzwyczaiła się do życia w wolnej samotności. Po wypuszczeniu z klatki świat jest wielki. Nie wrócę tam, nie wrócę.
wtorek, 16 sierpnia 2011
Nerwica.
Jeśli z kimś się do tej pory nie pokłóciłam niech się nie martwi, w ciągu kilku dni na pewno zniknie z tej listy.
Nie wiem co się ze mną ostatnio dzieje. Denerwuję się z byle powodu. Wszystko niemal potrafi wytrącić mnie z równowagi. Czekam tylko na cynk i lecę dokarmiać swojego raka.
Nie. Nie palę. Nie nałogowo. Wiem. Możecie mi nie wierzyć. Zwykle każdy palacz twierdzi, że nie jest uzależniony. Ale ja palę okazyjnie. Ostatnią własną paczkę miałam w czerwcu. Mamy sierpień.
I wyładuje całe 6/7 zł na dokarmianie. Ależ ja mam dobre serce swoim nerwom.
Nie wiem co się ze mną ostatnio dzieje. Denerwuję się z byle powodu. Wszystko niemal potrafi wytrącić mnie z równowagi. Czekam tylko na cynk i lecę dokarmiać swojego raka.
Nie. Nie palę. Nie nałogowo. Wiem. Możecie mi nie wierzyć. Zwykle każdy palacz twierdzi, że nie jest uzależniony. Ale ja palę okazyjnie. Ostatnią własną paczkę miałam w czerwcu. Mamy sierpień.
I wyładuje całe 6/7 zł na dokarmianie. Ależ ja mam dobre serce swoim nerwom.
Kwalifikacje.
Zadziwiają mnie kwalifikacje posiadane przez pracowników na stanowiskach o charakterze informacyjnym. Dlaczego? Otóż wykonuję kilka minut temu telefon do pani w recepcji (?) z prośbą o poinformowaniu mnie o numerze konta do internatu, twierdząc, iż wpłata powinna być z góry za wrzesień, na co słyszę po prostu najgłupszą rzecz, jaką mogę:
-Z góry?
-No tak, za wrzesień.
-Ale to przy przyjeździe trzeba będzie uregulować.
Nie miałam ochoty tłumaczyć tej kobiecie, że kiedy w czerwcu rozmawiałam z jej kierowniczką ta stanowczo mówiła o przelewie na konto , z góry.
-W takim razie do widzenia.
Jakie ta miła pani może mieć kwalifikacje, jeśli nie jest w stanie podać mojej osobie nr konta?
Kwalifikacje na odbieranie telefonu i łączenie z kierowniczką. Co najwyżej.
-Z góry?
-No tak, za wrzesień.
-Ale to przy przyjeździe trzeba będzie uregulować.
Nie miałam ochoty tłumaczyć tej kobiecie, że kiedy w czerwcu rozmawiałam z jej kierowniczką ta stanowczo mówiła o przelewie na konto , z góry.
-W takim razie do widzenia.
Jakie ta miła pani może mieć kwalifikacje, jeśli nie jest w stanie podać mojej osobie nr konta?
Kwalifikacje na odbieranie telefonu i łączenie z kierowniczką. Co najwyżej.
sobota, 13 sierpnia 2011
Czerwone samopoczucie.
Damska części świata oto apel do was!
W te dni strajkujemy!
Który mężczyzna nas rozumie? Zrób śniadanie, zakupy, ugotuj obiad, podaj pod nosek mężulkowi, pozbieraj jego skarpety spod łóżka, zrób pranie, umyj okna, przygotuj kolację, zadbaj o to, by piwo było zimne.
Istne przynieś, podaj, pozamiataj!
A gdzie nasze prawa? Faceci nie rozumieją jak przyjemne są bóle krzyża i brzucha. Dla nich ważne jest zimne piwo i mecz w telewizji, zwłaszcza wtedy, gdy zmęczona po całym dniu harówy i bólu kładziesz się na ulubiony serial. Zapomnij. On jest po pracy. Zarabia i należy mu się szacunek. Przynosisz torbę śmieci i stawiasz mu pod nos. Wynieś. Zaraz. Dobra. Śmieci stoją, cuchną. Ratujesz się chwilą spokoju, mąż wynosi śmieci, ty sprawdzasz jak się miewa Hanka z M jak Miłość. Wyłącz to gówno - słyszysz.
Kobiety ! Nalezy nam się szacunek, zwłaszcza w te dni!
Zadbajmy o to! Nie dajmy sobą pomiatać.
Pamiętajcie: wszystko na tip-top.!
Int.
W te dni strajkujemy!
Który mężczyzna nas rozumie? Zrób śniadanie, zakupy, ugotuj obiad, podaj pod nosek mężulkowi, pozbieraj jego skarpety spod łóżka, zrób pranie, umyj okna, przygotuj kolację, zadbaj o to, by piwo było zimne.
Istne przynieś, podaj, pozamiataj!
A gdzie nasze prawa? Faceci nie rozumieją jak przyjemne są bóle krzyża i brzucha. Dla nich ważne jest zimne piwo i mecz w telewizji, zwłaszcza wtedy, gdy zmęczona po całym dniu harówy i bólu kładziesz się na ulubiony serial. Zapomnij. On jest po pracy. Zarabia i należy mu się szacunek. Przynosisz torbę śmieci i stawiasz mu pod nos. Wynieś. Zaraz. Dobra. Śmieci stoją, cuchną. Ratujesz się chwilą spokoju, mąż wynosi śmieci, ty sprawdzasz jak się miewa Hanka z M jak Miłość. Wyłącz to gówno - słyszysz.
Kobiety ! Nalezy nam się szacunek, zwłaszcza w te dni!
Zadbajmy o to! Nie dajmy sobą pomiatać.
Pamiętajcie: wszystko na tip-top.!
Int.
piątek, 12 sierpnia 2011
Pieniądzodajny deszcz.
A u mnie w tym deszczu wielkie braki. Susza. Mój portfel suszy się z pieniędzy. Świeci pustkami. We wrześniu zacznie mi brakować na jedzenie. Czyli szykuje się głodówka. Może zrzucę pare kilogramów z tego jeszcze troszkę wystającego zza spodni brzucha. Przydołoby mu się. Ale jeśli znów schudną mi cycki to będę na skraju rozpaczy. Wy, faceci, nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak ciężko te cycki potem odchodować. Gramolą się niczym roślina bez światła. Ale później jest na co popatrzeć, mam rację?
Koniec. Każdy temat schodzi na cycki.
Niby tam mam pomysł na dorobienie kilku groszy. Ale kogo teraz stać na zrobienie sobie portretu za te marne grosze? Każdy tylko grosze dusi. Dusi, żeby nie suszyć portfela. To brutalne. Dusić czy suszyć?
Pieniądze. Spadnijcie mi z nieba. Obiecuję, że będę regularnie dawać na tacę.
Koniec. Każdy temat schodzi na cycki.
Niby tam mam pomysł na dorobienie kilku groszy. Ale kogo teraz stać na zrobienie sobie portretu za te marne grosze? Każdy tylko grosze dusi. Dusi, żeby nie suszyć portfela. To brutalne. Dusić czy suszyć?
Pieniądze. Spadnijcie mi z nieba. Obiecuję, że będę regularnie dawać na tacę.
niedziela, 7 sierpnia 2011
Placebo
Kocham ten efekt. Zwłaszcza u ludzi, którzy kochają być chorymi. Do takich ludzi należy moja matka. Otóż wczoraj zaledwie doznała lekkiego obicia z niwielką raną na ręku. Był krzyk i panika jakby ponowił się atak na World Trade Center. Tylko, że tam, w obliczu katastrofy nikt nie lał tak rzewnych łez. Nie lubię beks. Beksą jest dla mnie ktoś, kto płacze bez wiekszego powodu. To obicie nie było większym powodem, mieściło mi się pod paznokciem. Ale jakoś trzeba było tę matkę ratować.
Int Superhero szybko wpadła na pomysł jak zmniejszyć opuchliznę i ból. Placebo. Podałam jej tabletki na polepszenie oddychania, które dają efekt stosowane regularnie. Pomysł genialny. Matka happy. Ja mam święty spokój. Bo czego nie robi się dla świętego spokoju?
Int Superhero szybko wpadła na pomysł jak zmniejszyć opuchliznę i ból. Placebo. Podałam jej tabletki na polepszenie oddychania, które dają efekt stosowane regularnie. Pomysł genialny. Matka happy. Ja mam święty spokój. Bo czego nie robi się dla świętego spokoju?
sobota, 6 sierpnia 2011
Wahańsko.
Kompletnie nie wiem co ja tu robię.
Słońce szczerzy pełną gębę za oknem, wtulając się w aksamitny błękit nieba. A ja siedzę na krześle, wtulając w nie swoje cztery litery. Palce wcale nie od siebie leniwie suną po klawiaturze. Chciały się mile powitać. Słabo im to wyszło. Palce mówią hello tym, którzy znudzeni życiem czasem przypadkiem tu zajrzą.
Słońce szczerzy pełną gębę za oknem, wtulając się w aksamitny błękit nieba. A ja siedzę na krześle, wtulając w nie swoje cztery litery. Palce wcale nie od siebie leniwie suną po klawiaturze. Chciały się mile powitać. Słabo im to wyszło. Palce mówią hello tym, którzy znudzeni życiem czasem przypadkiem tu zajrzą.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)