czwartek, 13 września 2012

Cytryna, czosnek, miód, malina.

Moje stopy przeszły kilka kroków, a już zdążyły zmarznąć. Wykładzina, która w zamkniętym pomieszczeniu o tej porze roku powinna być ciepła, wcale się o to nie stara. Wysilone mięśnie drżą lekko po zmęczeniu ostatnich dni, a kwas mlekowy zawarty mam w całym ciele. Doznaję świadomości mięśni, o których istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Żuchwa jak zwykle zaciska mi się ze złości. Czuję rytm kołujący w głowie. Rytm wpisywanych liter, huk K i wrzask S. Chciałabym odpocząć. Ciężka od kataru głowa opada mimowolnie na klawiaturę. Zużywam chusteczkę za chusteczką w obawie o ich stale w krytycznym tempie zmniejszającą się ilość. Jeszcze kilka godzin i umieszczę się w swoim łóżku. Mam ochotę krzyczeć, a z mojego gardła wydobywa się cichy pisk szlachtowanego w piwnicy szczeniaka. Czuję ten ból w swoim gardle, grzejący niemiłosiernie moje ciało do temperatury sporo wyższej niż ustalona przez biologów 36,6 norma. Siorbam nosem, kaszlę, kicham, do napisania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz